6 marca 2020

Ozzy Osbourne - "The Ultimate Sin" (1986)


Mało brakowało, a w 1985 roku doszłoby do poważnej reaktywacji oryginalnego składu Black Sabbath. Tak przynajmniej mogli myśleć ówcześni słuchacze. Ozzy Osbourne, Tony Iommi, Gerard Butler i Bill Ward ponownie zjednoczyli swoje siły, by wystąpić 13 lipca 1985 roku na stadionie JFK na jednym z koncertów słynnego festiwalu Live Aid, którego cel stanowiło zebranie pieniędzy dla głodujących ludzi w Etiopii i na którym wystąpiły takie sławy, jak Judas Priest, Queen, Dire Straits, Eric Clapton czy na tę okazję wskrzeszone The Who i Led Zeppelin (również ze zjednoczonym składem; nieżyjącego Johna Bonhama zastąpili na perkusji Phil Collins i Tony Thompson). Co ciekawe, kapela wykonała tego dnia zaledwie trzy kompozycje - "Children of the Grave", "Iron Man" i "Paranoid".

Mimo to wielu fanów zapewne miało nadzieję, że zespół pójdzie o krok dalej i wznowi działalność w tym składzie. Koncert okazał się jednak jednorazowym wyskokiem, ponieważ muzycy nie wykazywali zainteresowania dalszą współpracą. Trudno się temu dziwić, zwłaszcza ze strony Ozzy'ego, gdyż posiadając rozpoznawalny image i głos oraz dobierając sobie utalentowanych współpracowników odnosił wtedy duże sukcesy na polu artystycznym i komercyjnym. Znaczenie miał również fakt, że był w tamtym czasie dowódcą własnej grupy, decydował o wszystkim wspólnie z małżonką i nie musiał się nikomu podporządkowywać. Z kolei Iommi już przed festiwalem zapowiedział swój solowy album, nazwany potem "Seventh Star". Ostatecznie powstał on pod dziwną nazwą Black Sabbath featuring Tony Iommi, mającą zapewnić lepsze powodzenie komercyjne.

Prace nad nowym dziełem Ozzy'ego, zatytułowanym "The Ultimate Sin", nie obyły się bez przeszkód. Wokalista był gotowy do pracy dopiero po powrocie z kliniki uzależnień Betty Ford Center. Kompozytorski udział Jake'a E. Lee został przy okazji poprzedniego wydawnictwa pominięty, co gitarzystę najwyraźniej zbulwersowało. Przed powstaniem nowego materiału oświadczył, że nie będzie pomagał w pisaniu utworów, dopóki nie zostanie podpisana umowa, na mocy której będą przysługiwały mu prawa autorskie i związane z nimi dochody. Małżeństwo Osbourne ostatecznie się zgodziło, jednak niedługo po trasie promującej "The Ultimate Sin" Jake został wyrzucony z zespołu, rzekomo przez zaniedbywanie swoich obowiązków (a szkoda, bo jego następca, Zakk Wylde, nie posiadał już tak interesującego sposobu gry). Do współautorów materiału po pewnym czasie dopisano także Boba Daisley'a, ponieważ spora część powstała jeszcze w czasie, gdy przebywał w kapeli (ponoć po odejściu napisał też dla grupy parę tekstów na prośbę Ozzy'ego). Podczas pierwszego tłoczenia krążka basista nie został pierwotnie wpisany pod względem autorstwa, lecz przy późniejszej reedycji błąd ten został naprawiony.

Longplay powstawał z nową sekcją rytmiczną - basistą Philem Soussanem i perkusistą Randym Castillo (Daisley odszedł na skutek kolejnych konfliktów z liderem, zaś Tommy Aldridge zwyczajnie zrezygnował). W kwestii tego wyboru też nie obyło się bez kontrowersji. Sprawa autorstwa utworu "Shot in the Dark", napisanego głównie przez Soussane'a, była przez lata przysłowiową kością niezgody między nim a Ozzym, a sam Phil, podobnie jak Jake, został wyrzucony z grupy po trasie koncertowej. Przez przytoczone spory między panami, pomimo pokaźnego sukcesu singla "Shot in the Dark" (szczególnie w Stanach Zjednoczonych), kawałek ten w ogóle nie pojawiał się na kompilacjach największych przebojów wokalisty. Prawdopodobnie ostatnią powszechnie dostępną wersją "The Ultimate Sin" na płycie CD pozostaje zremasterowana wersja z 1995 roku, gdyż w 2002 roku nie został on wznowiony wraz z innymi albumami studyjnymi oraz nie doczekał się reedycji na 30-lecie wydania. Do dziś trzeba się posiłkować egzemplarzami z XX wieku, ponieważ te późniejsze ukazały się tylko w wybranych krajach i miały limitowany nakład.

Najbardziej prawdopodobną przyczyną wydaje się wspomniany wcześniej konflikt, choć istnieją pogłoski, że niedobór ten ma miejsce z powodu faktu, że Ozzy nie jest zadowolony z tego wydawnictwa. Zupełnie niesłusznie, gdyż w porównaniu do poprzedniego "Bark at the Moon" łatwo wyłapać liczne zalety przemawiające na korzyść nowszego krążka. Dużo lepiej prezentuje się produkcja - pomimo powiązań w kwestii obróbki dźwięku z ówczesnym amerykańskim mainstreamem i pojawiającym się w pewnym stopniu plastikiem, wszystkie instrumenty brzmią znacznie klarowniej, a instrumenty klawiszowe zostały w znacznym stopniu zredukowane (ponoć na prośbę samego Lee, tym samym ma on tu większe pole do popisu), przez co płyta nie brzmi tak kiczowato. Keyboardy gdzieniegdzie się pojawiają, ale w odróżnieniu od utworów z "Bark at the Moon" nie starają się zdominować całości. Dla fanów heavymetalowych brzmień będzie to z pewnością duża dogodność. Także w kwestii tworzenia pojawiają się prawdziwe perełki, których brakowało na "Bark at the Moon".

Choć przyznam, że nie popisano się w kwestii doboru nagrania na otwarcie. Nie jestem fanem kawałka tytułowego, powodującego u mnie mieszane uczucia. To utrzymany w średnim tempie, ledwie poprawny przebój, choć z pewnością mający sporą rzeszę zagorzałych zwolenników. W porównaniu do późniejszych propozycji wydaje mi się trochę nijaki i nie wyróżniający się niczym szczególnym. To taka muzyka, która może lecieć w tle i w ogóle mi nie przeszkadza, ale w kontekście twórczości Osbourne'a oczekuję czegoś więcej. Właśnie to o czym piszę dostaję przy numerze 2 pod tytułem "Secret Loser". Wreszcie pojawiają się wyraziste motywy, autentycznie chwytliwy, odpowiednio zinterpretowany refren i znakomite solo Jake'a. Takiego grania nigdy za wiele. Ten poziom zostaje utrzymany przy okazji następnego "Never Know Why", znów bardzo dobrego melodycznie i ze solidną pracą instrumentalistów. Początkowe mroczne dźwięki mogą zmylić słuchacza, bo cała reszta to typowo melodyjny Ozzy.

Jeszcze więcej dobrych melodii znajduje się w trzech następnych nagraniach, w których kapela pokazuje jak w pomyślny sposób grać udane heavy bez popadania w nadmierny banał czy tandetę. Szczególnie pod tym względem dobrze spisuje się środkowy "Never" z fajnymi, łagodniejszymi wstawkami w refrenie. Odwrotnie jest w "Lightning Strikes", gdzie świetny riff ze zwrotek zostaje zaprzepaszczony przez lekki refren, w którym wiodącą rolę odgrywa syntezator. Czuć trochę poczucie zmarnowanego potencjału, jednak numer wciąż posiada swoje walory. Z kolei prowokacyjny tytułowo "Thank God for the Bomb" to po prostu solidny rocker, nie posiadający wiele porywających fragmentów, ale za to żwawszy od "The Ultimate Sin".

Ciekawiej robi się w trzecim akcie wydawnictwa. Zespół po raz kolejny zaprezentował balladę, jednak ta wydaje się inna od wcześniejszych, bardziej agresywna i ostrzejsza. Początek "Killer of Giants" to spokojniejsza część z wiodącymi, urokliwymi partiami akustycznej gitary. Ozzy śpiewając dosadny, pacyfistyczny tekst wspina się na wyżyny swoich możliwości, a klawiszowe tło ładnie dopełnia przestrzeń. Po dwóch minutach następuje zaostrzenie w postaci znakomicie ułożonego refrenu, po któym Jake gra jedną z najlepszych solówek w karierze. Obie części są wyjątkowo spójnie połączone. Całość posiada kapitalną i bardzo zgrabną warstwę melodyczną i wydaje się jakby została ona przemyślana w najdrobniejszym szczególe. Nie przeszkadza nawet przyspieszenie w drugiej połowie, dodające nieco więcej energii. To jeden z najwspanialszych kawałków w dorobku Księcia Ciemności, a zarazem jego najlepsza ballada. Zdecydowanie warto znać.

Rozpoczęcie "Fool Like You" zwraca uwagę brzmieniem gitary Lee, zauważalnie nieco innym niż wcześniej. Oprócz tego to kolejny przyjemny w odbiorze numer, choć trochę mniej wyrazisty niż większość. Jednak w kategorii chwytliwego, melodyjnego grania zdecydowanie najlepiej spisuje się wspomniany już wcześniej "Shot in the Dark", będący po prostu wzorowym przebojem lat 80., łączącym w sobie heavymetalową zadziorność z nieco popową, niezwykle atrakcyjną i nie popadającą w prostotę melodią. Phil Soussan (być może z drobną pomocą lidera) znalazł złoty środek jak pogodzić te dwa odległe obozy muzyczne. Kapitalnie spisuje się sam Ozzy, bez którego nagranie nie wybrzmiałoby tak dobrze. Nic tylko słuchać, gwałcąc po wszystkim przycisk replay!

Był taki okres, że uważałem "The Ultimate Sin" za mój ulubiony album solowego Ozzy'ego i jeden z najlepszych w jego katalogu. Obecnie obstawiałbym tylko przy tym drugim twierdzeniu. Krążek ten może nie dorównuje dziełom z Randym Rhoadsem, ale od reszty wypada bardziej intrygująco (szczególnie w konfrontacji z ostatnimi, niezbyt udanymi dokonaniami). Dobre brzmienie, pomyślna współpraca muzyków i dopracowane, głównie nie schodzące poniżej dobrego poziomu kompozycje złożyły się na niezwykle ciekawy longplay z kategorii metalowego, chwytliwego naparzania. Jeśli porównać go z wieloma innymi komercyjnymi płytami tego okresu, jeszcze bardziej widać jego zalety.

Moja ocena - 8/10

Lista utworów:
01. The Ultimate Sin (Bob Daisley, Jake E. Lee, Ozzy Osbourne)
02. Secret Loser (Bob Daisley, Jake E. Lee, Ozzy Osbourne)
03. Never Know Why (Bob Daisley, Jake E. Lee, Ozzy Osbourne)
04. Thank God for the Bomb (Bob Daisley, Jake E. Lee, Ozzy Osbourne)
05. Never (Bob Daisley, Jake E. Lee, Ozzy Osbourne)
06. Lightning Strikes (Bob Daisley, Jake E. Lee, Ozzy Osbourne)
07. Killer of Giants (Bob Daisley, Jake E. Lee, Ozzy Osbourne)
08. Fool Like You (Bob Daisley, Jake E. Lee, Ozzy Osbourne)
09. Shot in the Dark (Ozzy Osbourne, Philip Soussan)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza