18 kwietnia 2016

Aerosmith - "Get a Grip" (1993)


"Get a Grip" to prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalny w światku muzycznym album Aerosmith. I ponownie ogromny sukces komercyjny. Duża w tym zasługa singli, aż pięć z nich ("Livin' on the Edge", "Eat the Rich", "Cryin'", "Crazy i "Amazing") cieszyło się ogromną popularnością. Do wszystkich powstały niezapomniane teledyski, a na uwagę zasługują ostatnie trzy, z prześliczną Alicią Silverstone w roli głównej.

Łatwo zauważyć, że przy wszystkich poprzednich sukcesach Aerosmith, na początku lat 90. coraz większe znaczenie miała komercyjna ścieżka muzyków albo wytwórni Geffen - krążek miał pierwotnie wyjść w 1992 roku i zawierać 12 utworów, ale po wysłuchaniu materiału zarząd Geffen nakazał dodanie kilku kompozycji mających bardziej przebojowy charakter, innymi słowy: singlowych hitów. Dzięki temu płyta - również pod względem produkcji - jest bardziej przyjazna stacjom radiowym. Mimo, że nadal sporo tu zadziornego brzmienia, to niektóre melodie mogą podpadać pod lżejsze formy rocka.

Ma to swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości - w polskich stacjach radiowych do dziś można często usłyszeć najsłynniejsze kompozycje pochodzące z tego longplaya. W porównaniu do "Get a Grip" poprzedni "Pump" miał moim zdaniem czystszy i mniej komercyjny dźwięk. Poza tym, dużo więcej tu współautorów z zewnątrz kapeli niż wcześniej - przykładowo, przy okazji "Shut Up and Dance" nawiązano pracę z muzykami grupy Damn Yankees - Jackiem Bladesem i Tommy'm Shawem, a w "Line Up" z Lenny'm Kravitzem. Według mnie nic w tym złego, bo pod względem jakości cały materiał broni się sam.

Przejdę od razu do kluczowych fragmentów "Get a Grip". Przede wszystkim "Cryin'" - mój ulubieniec z całej dyskografii zespołu. Wbrew pozorom, nie jest to zwykła piosenka do radia, a utwór iście magiczny, opatrzony rewelacyjną, kołyszącą melodią. Wszystko idealnie tu do siebie pasuje. Dobrze skonstruowany tekst został wspaniale zinterpretowany przez Tylera. Wokalista nie oszczędził słuchaczom swoich popisów na harmonijce, która pełni również dużą rolę w "Crazy" - równie udanym, znakomitym przeboju. Trochę ostrzejszy "Amazing" jest kolejnym powalającym fragmentem longplaya, zakończonym długą, aczkolwiek niezbyt porywającą solówką.

Popularnością cieszy się także "Livin' on the Edge", ale mnie osobiście mniej przekonuje - może dlatego że za bardzo go wydłużono, spokojnie można było go zmieścić w czterech minutach. Z kolei opatrzony plemiennym wstępem "Eat the Rich" to najbardziej rockowa propozycja, oparta na świetnym, melodyjnym riffie. Przed "Eat the Rich" pojawia się również przedziwne, rapowane intro z krótkim cytatem gitarowym z "Walk This Way". Na szczęście reszta krążka z rapem nie ma nic wspólnego.

Muszę przyznać, że bardzo lubię także te mniej znane kawałki - "Fever", "Shut Up and Dance" czy (szczególnie) "Gotta Love It". Podobnie jak autorską kompozycję Perry'ego - "Walk on Down", która jest szczególnie dobra pod względem pracy gitar. Warto dodać, że było to ostatnie wydawnictwo na wiele lat z kilkoma autorskimi utworami (na dwóch następnych każdy był podpisany również przez współautorów z zewnątrz). Na końcu znajduje się kolejny nietypowy instrumental "Boogie Man", który jednak nie dosięga do poziomu "The Movie" z "Pernament Vacation". Od reszty odstaje tylko nijaki "Flesh", który zbyt długo się rozwija, a i zasadnicza część utworu nie robi pożądanego wrażenia. Zagraniczne wydania zawierały też całkiem udany "Can't Stop Messin'", zabrakło go jednak w wersji amerykańskiej.

Mój ulubiony album grupy? Tak. Najlepszy? Nie. To miejsce należy do "Toys in the Attic". Ocena poniekąd wynika też z dużego sentymentu, był to bowiem jeden z moich pierwszych LP rockowych jakie słyszałem, kilkanaście lat temu. W 1993 roku krążek osiągnął ogromny sukces, który można porównać ze starszymi "Crazy World" Scorpionsów czy "The Black Albumem" Metallici. Dobrze, że w erze największej popularności grunge'u odmiana rocka starej gwardii wciąż dobrze się trzymała. Zespół na tym skorzystał i niedługo potem zagrał na kilku znanych festiwalach, z czego najsłynniejszy to chyba Woodstock 1994. To było ich przysłowiowe pięć minut. Tak czy inaczej, "Get a Grip" to ostatni wielki album Aerosmith i porcja wyśmienitego, przebojowego grania.

Po olśniewającym sukcesie "Get a Grip" wydano w 1994 roku znakomitą składankę "Big Ones", podsumowującą najpopularniejszy w historii Aerosmith okres 1987-1993. Zebrano wszystkie najpopularniejsze nagrania i uzupełniono premierowymi utworami "Blind Man" oraz "Walk on Water", a także "Deuces Are Wild" ze składanki różnych wykonawców "The Beavis and Butt-Head Experience". Dzięki temu "Big Ones" może być świetną alternatywą dla osób, które chcą mieć "Janie's Got a Gun", "Dude (Looks Like a Lady" czy "Cryin'" na jednej płytce.

Moja ocena - 9/10

Lista utworów:
01. Intro (Joe Perry, Steven Tyler, Jim Vallance)
02. Eat the Rich (Joe Perry, Steven Tyler, Jim Vallance)
03. Get a Grip (Joe Perry, Steven Tyler, Jim Vallance)
04. Fever (Joe Perry, Steven Tyler)
05. Livin' on the Edge (Mark Hudson, Joe Perry, Steven Tyler)
06. Flesh (Desmond Child, Joe Perry, Steven Tyler)
07. Walk on Down (Joe Perry)
08. Shut Up and Dance (Jack Blades, Joe Perry, Tommy Shaw, Steven Tyler)
09. Cryin' (Joe Perry, Taylor Rhodes, Steven Tyler)
10. Gotta Love It (Mark Hudson, Joe Perry, Steven Tyler)
11. Crazy (Desmond Child, Joe Perry, Steven Tyler)
12. Line Up (Lenny Kravitz, Joe Perry, Steven Tyler)
13. Amazing (Richard Supa, Steven Tyler)
14. Boogie Man (Joe Perry, Steven Tyler)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz