14 lipca 2017

Iron Maiden - "No Prayer for the Dying" (1990)


"No Prayer for the Dying" to najprostszy longplay w historii Maidenów. W całości jest oparty na krótkich, niewyszukanych utworach, brak tu rozbudowanych propozycji, typowych dla wcześniejszej i późniejszej twórczości zespołu. Taki był zamysł Harrisa, który po "Seventh Son of a Seventh Son" i trasie go promującej uznał, że czas wrócić rockowych korzeni. Także brzmienie jest bardziej surowe, a także bardziej hardrockowe niż heavymetalowe.

Zaczęły się lata 90., wiatr zmian nie uniknął także otoczenia IM. Także w zakresie kwestii personalnych - Adrianowi Smithowi nie podobał się pomysł nagrywania prostszego materiału, więc postanowił odejść. Był on jednym z ważniejszych kompozytorów, więc jego brak mógł odbić się na ostatecznym kształcie longplaya. Na jego miejsce zatrudniono Janicka Gersa, dobrego przyjaciela Dickinsona, u którego grał wcześniej na solowym debiucie pt. "Tattooed Millionaire". Gers był znany z niekonwencjonalnych scenicznych zachowań i grał w trochę odmiennym od Smitha stylu.

Smith przed odejściem zdążył napisać z Dickinsonem całkiem fajny, melodyjny "Hooks in You", który nie odstaje stylistycznie od reszty, jednak okazuje się, że to jeden z tych słabszych fragmentów płytki. Od otwierającego całość "Tailgunner" bije niesamowita surowość, a Bruce śpiewa trochę odmiennym, zachrypniętym głosem, co na początku lat 90. było u niego nowością. W solówkach Gersa od razu słychać pewną odmienność, nie do końca wpasował się jeszcze stylistycznie do reszty zespołu. Bardziej przebojowy charakter ma "Holy Smoke", który był pierwszym singlem promującym całość. Atrakcyjny pod względem melodycznym, posiadający niezłe solówki i chwytliwy refren. Zdecydowanie najlepiej z całości prezentuje się tytułowe "No Prayer for the Dying", bardzo zgrabne nagranie z fantastycznymi zagrywkami gitarowymi. "Run Silent Run Deep" i "Public Enema Number One" niczym specjalnym się nie wyróżniają, w drugim przypadku poza tekstem z akcentem politycznym. "Fates Warning" ma za to bardzo ładny wstęp, zgrabny refren i świetne unisona gitarowe w solówce.

W "The Assassin" podoba mi się niepokojący, tajemniczy klimat, który może się kojarzyć z tytułowym utworem z albumu "Killers". "Bring Your Daughter... to the Slaughter", który pierwotnie miał trafić na wspomniane wcześniej solowe wydawnictwo Dickinsona, jest chyba największym przebojem w historii Żelaznej Dziewicy - jako jedyny dotarł na 1. miejsce brytyjskiej listy singli. To jedno z najlepszych nagrań na płycie, ze złowieszczą, pochmurną atmosferą i świetnym, klekoczącym basem w tle. A już absolutnie mistrzowsko wypada moment zwolnienia przed ostatnim refrenem, ze świetnie narastającym napięciem i intrygującymi chórkami. Podobnie niepokojący jest finałowy "Mother Russia", najdłuższy kawałek w zestawie, choć na tle wielu poprzednich tego typu utworów nie jest zbyt rozbudowany. Patent z chórkami Harris wziął chyba ze stworzonego przez siebie wcześniej "Seventh Son of a Seventh Son", ale tutaj nie robi takiego wrażenia. Po raz kolejny naprawdę dobre wrażenie robią partie gitarowe, od kompletnie chaotycznych po bardziej melodyjne.

"No Prayer for the Dying" nie wytrzymuje porównania z "Seventh Son of a Seventh Son" czy kilkoma wcześniejszymi krążkami grupy, ale sam w sobie jest naprawdę przyjemnym, dość równym longplayem, w którym brak ewidentnych wtop kompozycyjnych. Gdyby został nagrany przez inny zespół, jego odbiór mógłby być znacznie lepszy. Nie takiego materiału oczekiwano po Maidenach, choć sam krążek odniósł sukces komercyjny, dochodząc w Wielkiej Brytanii do 2. miejsca na listach przebojów. Niewątpliwie w momencie wydania kilka serc fanów zostało złamanych; wiele osób uważa, że to właśnie od "No Prayer for the Dying" zaczął się właśnie ten słabszy, nierówny okres w historii Ironów. Może i jest w tym ździebko prawdy, ale zespołowi jeszcze co najmniej dwa razy udało się wrócić do olimpijskiej formy.

Poza tym nie mogę dać niższej oceny albumowi od którego zaczęła się moja przygoda z ciężką muzyką.

Moja ocena - 8/10

Lista utworów:
01. Tailgunner (Bruce Dickinson, Steve Harris)
02. Holy Smoke (Bruce Dickinson, Steve Harris)
03. No Prayer for the Dying (Steve Harris)
04. Public Enema Number One (Bruce Dickinson, Dave Murray)
05. Fates Warning (Steve Harris, Dave Murray)
06. The Assassin (Steve Harris)
07. Run Silent Run Deep (Bruce Dickinson, Steve Harris)
08. Holy Smoke (Bruce Dickinson, Adrian Smith)
09. Bring Your Daughter... to the Slaughter (Bruce Dickinson)
10. Mother Russia (Steve Harris)

6 komentarzy:

  1. Yyyyy surowe to znaczy bardziej hardrockowe, niż metalowe?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tą surowością chodziło mi, że mniej wypolerowane, różni się od poprzednich dwóch płyt.

      Usuń
  2. Niedawno przypomniałem sobie ten album, bo potrzebowałem czegoś energetycznego do ćwiczeń (a nudno ciągle ćwiczyć do "Play Me Out" Glenna Hughesa lub "Blue & Lonesome" Stonesów) i padło na "No Prayer". I w tej roli longplay sprawdza się naprawdę dobrze. Natomiast na pewno nie puściłbym go sobie do samego słuchania, bo bym się zanudził. Według mnie bronią się tylko utwory od drugiego do piątego, choć nawet one nie są jakieś rewelacyjne (gdyby cały album był na ich poziomie, to dałbym mu ocenę 7/10). Reszta niestety jest bardzo słaba kompozytorsko i nudna wykonawczo. Z albumów IM z Dickinsonem tylko "Dance of Death" stawiam niżej. Niedawno pozbyłem się jedynego egzemplarza, jaki miałem. Większość albumów IM mam i na CD, i na LP, kilka w jednym formacie, a tylko tych dwóch z Bayleyem nie miałem nigdy w kolekcji. Tak przy okazji - okładka którą wstawiłeś powstała na potrzeby reedycji z 1998 roku, oryginalna była nieco inna. Jest też winylowe wydanie z zupełnie inną okładką, nawiązującą do utworu "Tailgunner". Ja mam winyl z oryginalną okładką i tą wspomnianą reedycję kompaktową.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za uwagę odniośnie okładki. Przyznam, że wiedziałem o tej informacji, ale mi umknęła - choć uważam, że okładka z wydania 1998 wygląda lepiej.

      Tak sobie też myślę czy ceniłbym tak wysoko "No Prayer", gdyby nie ten ogromny sentyment. Dzięki niemu po prostu nie mogę go nie lubić, choć widać obniżkę formy względem SIT i SSOASS, na szczęście nieznaczną.

      Usuń
    2. W moim przypadku był to pierwszy album IM, jaki kupiłem i poznałem w całości. Ale nie mam żadnego sentymentu. Pewnie dlatego, że wcześniej słyszałem sporo kawałków z innych albumów, przez co byłem bardzo rozczarowany. Coś jednak zawdzięczam temu longplayowi - już nigdy więcej nie kupiłem żadnego albumu bez wcześniejszego przesłuchania ;)

      Usuń
    3. Mi się wtedy momentalnie spodobał, choć - że tak powiedzmy - bardzo młoda osoba nie ma jeszcze do końca wyrobionego gustu :) A były to czasy, kiedy dostęp do takiej muzyki był znacznie utrudniony, więc katowało się to co jest.

      Choć był to pierwszy album Iron Maiden, który słuchałem "świadomie", kojarzy mi się, że wcześniej słuchałem niektórych kawałków z "Powerslave" które miałem na kasecie (choć nie jest to w 100% pewne), ale w tym czasie jeszcze nie do końca ogarniałem co słucham :)

      Usuń