6 lipca 2017

Kiss - "Dressed to Kill" (1975)


Dwa pierwsze wydawnictwa Kiss nie odniosły sukcesu komercyjnego i przeszły bez echa pośród innych, wydawanych w tym czasie albumów (choć w kontekście występów live grupa budziła spore zainteresowanie). Nie zniechęciło to chłopaków, którzy już 5 miesięcy po ostatnim "Hotter Than Hell" wypuścili swój trzeci krążek. Co jak co, ale mieli wtedy naprawdę zabójcze tempo.

Po raz kolejny muszę rozpatrzyć dwa aspekty w kontekście omawianego krążka - brzmienie i popularność. Muzycy mieli w czasie powstania płyty tak mało pieniędzy, że nie było ich stać na zatrudnienie profesjonalnego producenta. Na skutek tego za konsoletą usiadł dyrektor Casablanca Records - Neil Bogart. Mimo to, "Dressed to Kill" brzmi dużo lepiej od poprzednich wydawnictw, zwłaszcza w porównaniu do "Hotter Than Hell" wygląda to na zasadzie: niebo a ziemia. Gitary elektryczne brzmią potężnie i naprawdę zadziornie, a nawet kilka razy w miksie wysunięto do przodu gitarę basową (np. w "Two Timer"). "Dressed to Kill" można również uznać za pierwszy krok w dziedzinie sukcesów komercyjnych - na liście Billboardu doszedł na 32. miejsce, co było sporym krokiem do przodu dla kapeli, zwłaszcza w porównaniu do poprzednich, niezbyt zauważanych przez publiczność wydawnictw. Miał w tym swoją zasługę singiel "Rock and Roll All Nite", który jako pierwszy zaczął budzić zainteresowanie wśród słuchaczy.

Co do zawartości: zespół po raz drugi opracował na nowo stare utwory repertuaru Wicked Lester, tym razem dwa - "She" i "Love Her All I Can". Wersje te odbiegają od swoich pierwowzorów. Pierwszy z nich jest chyba najlepszym fragmentem "Dressed to Kill", bardzo riffowy, zadziorny, naprawdę dobry melodycznie i z przyjemnymi, nałożonymi na siebie wokalami Simmonsa i Stanley'a. Naprawdę świetna rzecz, prawdziwy hardrockowy pocisk, tak bardzo odmienny od oryginału, który zaskakiwał użyciem fletu, kojarząc się nieco z twórczością wczesnego Jethro Tull. "Love Her All I Can" nie odstaje znacznie od poziomu "She", ale nie robi takiego wrażenia.

I wanna rock and roll all nite and party every day - te słowa zna każdy oddany fan Kiss, bez wyjątku. Jak wspomniałem, tym jednym utworem grupa zaczęła budzić większe zainteresowanie. Ma on wyraźnie koncertowy charakter, przez co na albumie studyjnym może budzić mały niedosyt. Jednak pamiętajmy, że wszystkie wersje studyjne są tzw. wersjami reprezentacyjnymi, dopiero na koncercie ich twórcy mogą robić z nimi co chcą - wydłużać, skracać, łączyć z innymi utworami itp. "Rock and Roll All Nite" w występach na żywo nie był rozbudowywany, ale stanowił świetną okazję do śpiewania refrenu z publicznością - dlatego też w setliście pojawiał się jako ostatni, stanowiąc tzw. wisienkę na torcie, punkt kulminacyjny. Sam w sobie na pewno nie jest wybitny, ale w kontekście live nadaje się idealnie. Simmons i Stanley stworzyli na taką okazję hit idealny i ponadczasowy.

W drodze wyjątku, w pierwszej kolejności została omówiona końcówka longplaya, przejdźmy zatem do pierwszych siedmiu nagrań zawartych na "Dressed to Kill". "Room Service" to taki typowy dla Kiss przebój, ale - w porównaniu do "Strutter" i "Got to Choose" - nie ma w nim nic nadzwyczajnego. Podobnie jak w "Two Timer", który wypada dość nijako i monotonnie. Co innego "Ladies in Waiting". Znakomity, bardzo zadziorny riff i fajnie zaśpiewany refren, zabrakło tylko nieco ciekawszej solówki. "Getaway", jedyny numer podpisany wyłącznie przez Frehley'a (choć zaśpiewany przez Crissa), to taki luzacki, rajcowny, konkretny rocker, ostatecznie bardzo przyjemny w odbiorze.

W "Rock Bottom" muzycy próbują stworzyć krótki, a jednak dość rozbudowany numer. Efektem jest nagranie, które wydaje się być posklejane z dwóch osobnych. Ładnie wypada pierwsza, akustyczna część, która zbyt gwałtownie przechodzi do typowego, kissowego czadu, z refrenem kojarzącym się z tak samo nazwanym utworem grupy UFO z jej płyty "Phenomenon". Przyjemnie pulsujący, wolniejszy "C'mon and Love Me" posiada wyraźny basowy podkład. Niestety, "Anything for My Baby" to już zwykły, okropnie banalny zapychacz z tandetnym refrenem.

"Dressed to Kill" niby wypada słabiej od dwóch poprzedników, ale ma wiele momentów, które zdecydowanie zasługują na uwagę. Dodatkowo lepsze brzmienie, chyba najlepsze z albumów grupy z lat 70., sprawia, że może być łatwiejszy w odbiorze dla tzw. jakościofilów muzycznych. Materiał trwa jedynie 30 minut z kawałkiem, ale poza trzema słabszymi utworami nie będzie to czas stracony. Poza tym, był to pierwszy krok ku wielkiej sławie. Twórcy mieli już tyle materiału, że spokojnie mogli go przenieść na album koncertowy, który wyszedł jeszcze w tym samym roku - zgodnie z tradycją wydawania dwóch krążków w jednym roku.

Przyznam, że po długim czasie zamieniłem miejscami oceny albumów "Dressed to Kill" i "Destroyer", pierwszemu o jedną w górę, drugiemu o jedną w dół. Po latach ten pierwszy, wyraźnie hardrockowy materiał wypada bardziej szczero i przekonująco.

Moja ocena - 7/10

Lista utworów:
01. Room Service (Paul Stanley)
02. Two Timer (Gene Simmons)
03. Ladies in Waiting (Gene Simmons)
04. Getaway (Ace Frehley)
05. Rock Bottom (Ace Frehley, Paul Stanley)
06. C'mon and Love Me (Paul Stanley)
07. Anything for My Baby (Paul Stanley)
08. She (Stephen Coronel, Gene Simmons)
09. Love Her All I Can (Paul Stanley)
10. Rock and Roll All Nite (Gene Simmons, Paul Stanley)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz