7 października 2018

Metallica - "Beyond Magnetic" EP (2011)


Mimo że longplay "Death Magnetic" okazał się sukcesem, muzykom Metalliki tradycyjnie nie spieszyło się do nagrania nowego pełnoprawnego dzieła. Jednak już 3 lata później podjęli współpracę z Lou Reedem, wokalistą m.in. słynnego, psychodelicznego The Velvet Underground. Nietypowy pod względem treści, jak i jakości, efekt tego muzycznego zjednoczenia, nazwany "Lulu", nie wyszedł, mówiąc delikatnie, najlepiej i spotkał się ze sporą krytyką, zarówno wśród wielbicieli zespołu, jak i fanów Reeda. Oprócz tego krążek sprzedał się - jak na standardy Metalliki - dość słabo i mocno nadszarpnął reputację grupy. Trzeba było więc szybko to naprawić.

W tym samym roku, kilka tygodni po wypuszczeniu "Lulu", ukazało się więc nowe wydawnictwo spod znaku tradycyjnej Metalliki. Była to EP-ka, zawierająca 4 całkowicie premierowe utwory kapeli. Jednak już sam tytuł "Beyond Magnetic", podobny do dzieła z 2008 roku, nakłaniał do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami. W rezultacie kwartet wypuścił wydawnictwo z materiałem nagranym podczas sesji do wspomnianego wyżej albumu. Muzycy zgodnie zdecydowali, że nie umieszczą żadnego z czterech zaprezentowanych tu utworów na regularnym dziele. Istnieje prosty powód - przy zamieszczonych już dziesięciu kompozycjach, żaden z pozostałej czwórki nie zmieściłby się, by zamknąć całość w podstawowym dla płyty kompaktowej czasie 80-ciu minut. Zawartość tych odrzutów znajduje się właśnie na "Beyond Magnetic". Można to uznać za swoiste odkupienie win i wynagrodzenie fanom rozczarowania chybionym projektem z udziałem Reeda. Swoją drogą, "Beyond Magnetic" ma status minialbumu, a w kontekście czasu trwania (niecałe 30 minut) jeszcze 20-30 lat wcześniej zostałby uznany za pełnoprawny album.

Wydanie tej płytki zbiegło się także z obchodami 30-lecia istnienia Metallici, a że "Lulu" zdecydowanie nie był trafnym reprezentantem tej rocznicy, postanowiono wydać dodatkowo niepublikowane wcześniej materiały. Panowie z okazji uczczenia tego święta zagrali w pierwszej połowie grudnia 2011 roku cztery koncerty w San Francisco, podczas których prezentowali po jednym nowym utworze na każdym z występów. Najwyraźniej byli z nich bardzo zadowoleni, bo już kilka dni później "Beyond Magnetic" pojawił się w formie cyfrowej, w sklepie iTunes (w pierwszej kolejności ukazał się wyłącznie jako pliki do ściągnięcia dla członków klubu grupy), a od 30 stycznia 2012 roku można było go nabyć na płycie CD.

Jak więc wypadają te odrzuty? Generalnie całkiem nieźle, jednak słychać, że muzycy nadal nie potrafią napisać zwięzłego, szybkiego strzału na miarę "Hit the Lights", "Battery" czy "Trapped Under Ice". Podobnie jak zdecydowana większość "Death Magnetic", każdy z tych kawałków przekracza czas trwania 7 minut. A szkoda, bo niektóre z tych propozycji przedstawione w bardziej treściwej formie i bez przedłużania robiłyby lepsze wrażenie. Ale nie jest tragicznie pod tym względem. W odróżnieniu od wielu utworów z "St. Anger", żaden z nich nie zmierza donikąd, ma swój początek, odpowiednie rozwinięcie i zakończenie.

Stylistycznie całość prezentuje się podobnie jak "Death Magnetic", co wcale nie powinno dziwić, jako że materiał ten powstał w podobnym bądź identycznym czasie. W sumie pod względem spójności każdy z nich pasowałby tam lepiej, niż "The Unforgiven III". Stanowił on miłe urozmaicenie, ale pod względem aranżacji czasem trochę odstawał od reszty. Zawartość EP-ki jest silnie zakorzeniona w soczystym thrashmetalowym graniu, z drobnymi urozmaiceniami. Aczkolwiek w porównaniu do "Death Magnetic" można znaleźć tu mniej oczywistych odwołań do twórczości z przeszłości. Nie ma tu drugiego "The Day That Never Comes", a z racji mniejszej ilości materiału zupełnie inaczej wygląda ułożenie utworów, niepowielające schematu z "Ride the Lightning" czy "...And Justice for All".

Krążek, niestety, brzmi podobnie do dzieła z 2008 roku, ale jakby nieco lepiej. Zawarto tu troszkę więcej dynamiki i przestrzeni między instrumentami, choć i tak aspekty te nadal budzą niemały niedosyt. Wszystko zostało nagrane zbyt głośno, przez co słuchanie w większości całkiem udanych kompozycji może ponownie zmęczyć. Słychać, że próbowano coś tam doszlifować, ale mimo to nie udało się poprawić błędów Rubina. Pewnie znajdą się także obrońcy takiego sposobu rejestrowania i miksowania muzyki, ale mnie ona nie przekonuje. Brzmienie ponownie obniża ocenę krążka i osłabia wrażenie, jakie dzieło po sobie pozostawia. Na szczęście lepiej ma się sprawa z kompozycjami.

Najlepiej spośród nich prezentują się te z pierwszej połowy wydawnictwa. Oparty na fajnym riffie "Hate Train" przywodzi na myśl te bardziej udane fragmenty "Death Magnetic". Znalazło się tu sporo niezłego riffowania, jak i kilka spokojniejszych momentów. Podobne zmiany tempa miały miejsce na wyżej wymienionym albumie studyjnym. "Just a Bullet Away" to według mnie najlepsze zaprezentowane tu nagranie, opatrzone najbardziej wyrazistą melodią i zarazem najbardziej przebojowe, oczywiście w ramach ciężkiego grania. W połowie kawałka następuje nawet przełamanie i krótka pauza, po której słychać wolny, balladowy fragment, nijak nie przystający do tego, co zaprezentowano wcześniej, przez co wydaje się doczepiony na siłę. Podczas słuchania może się nawet wydawać, że to początek zupełnie innej kompozycji. Urywek ten jest jednak na tyle ciekawy, że można wybaczyć twórcom takie zagranie. Tak czy inaczej, dość nietuzinkowa porcja muzyki. To właśnie "Just a Bullet Away" umieściłbym na wydawnictwie z 2008 roku zamiast "The Judas Kiss" - moim zdaniem jego najsłabszego fragmentu.

Całkiem nieźle prezentuje się także "Hell and Back", niby czadowy, ale w pewnym sensie powracający do klimatów z okresu "Load". Dlatego też pozostaje tym najbardziej melodyjnym numerem z zestawu. Choć odrobinę bardziej przekonywały mnie poprzednie propozycje. Końcowy "Rebel of Babylon" stylistycznie wypada identycznie w stosunku do reszty i podobnie jak inne kawałki łączy mocne czadowanie z łagodniejszymi momentami, ale pod względem jakości nie robi już takiego wrażenia. I to właśnie w nim najbardziej uwiera fakt nadmiernego rozciągnięcia. Ale sam w sobie do złych nie należy, posłuchać można.

Opisywana EP-ka stanowi przyjemny, choć nieobowiązkowy suplement do "Death Magnetic". Pokazuje, że muzycy mieli w zanadrzu kilka innych, całkiem ciekawych pomysłów, których postanowili nie wykorzystywać na tym stopniu kariery i ewentualnie odczekać z ich opublikowaniem. Zmaza po przeokropnym "Lulu" nie została w pełni zmyta, ale ciężko na to patrzeć tylko pod kątem samego zespołu, ponieważ projekt ten nie był tylko dziełem muzyków Metallici. Szczególnie, że ten lepszy materiał panowie wydali przy okazji regularnego albumu. Nie wątpię, że dla niektórych fanów trashmetalowego młócenia, "Beyond Magnetic" może być przyjemnym kawałkiem muzyki, jednak komponowanie na wyższym poziomie (co odnosi się również do "Death Magnetic") muzycy prezentowali ok. 25 lat wcześniej.

Moja ocena - 6/10

Lista utworów:
01. Hate Train (Kirk Hammett, James Hetfield, Robert Trujillo, Lars Ulrich)
02. Just a Bullet Away (Kirk Hammett, James Hetfield, Robert Trujillo, Lars Ulrich)
03. Hell and Back (Kirk Hammett, James Hetfield, Robert Trujillo, Lars Ulrich)
04. Rebel of Babylon (Kirk Hammett, James Hetfield, Robert Trujillo, Lars Ulrich)

2 komentarze:

  1. A "Lulu" nie chciałeś zrecenzować? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie. Podobnie jak Ty, nie mam zamiaru ponownie tego słuchać. Niby byłoby tu urozmaicenie w postaci najniższej oceny, ale nie warto się przez to ponownie przemęczać - szczególnie, że album trwa niecałe 90 minut.

      Ale może kiedyś, jak najdzie mnie jakaś specyficzna, wena o sadystycznym (muzycznie) charakterze...

      Usuń