7 sierpnia 2017

Iron Maiden - "Dance of Death" (2003)


Po wydaniu porywającego "Brave New World" Iron Maiden znów był na ustach wszystkich. Wielu osobom płyta się podobała, odniosła też sukces kasowy. Nic dziwnego, że trasa ją promująca była równie udana, co udokumentowano znakomitą koncertówką "Rock in Rio". Po tak triumfalnym comebacku panowie mogli nagrać co tylko chcieli. Rezultatem nagrań jest "Dance of Death", który zdobi najbrzydsza okładka w historii zespołu. Serio, coś okropnego.

"Wildest Dreams" niemile zaskakuje bardzo przeciętnym poziomem i w roli otwieracza sprawdza się dość kiepsko, nie zachęcając do dalszego przesłuchania płyty. Zdecydowanie to nie ta klasa co "The Wicker Man" czy nawet "The Futureal". "Rainmaker" to z kolei klasyczny przykład jak zrobić, krótki, przebojowy i niebanalny numer. Typowo ironowa melodia i chwytliwy refren czynią go znacznie lepszą alternatywą od "Wildest Dreams" w kontekście tego, od jakiego utworu rozpocząć przesłuchiwanie tego albumu. "No More Lies" zaczyna się nieco egipskim riffem, który klimatycznie może się nieco kojarzyć z "Powerslave". Co prawda, Dickinson zbyt często powtarza tu refren, ale jest on na tyle dobry, że można to przeboleć. "Montsegur" po prostu miażdży swoim ciężarem, to kawałek nieco poplątany rytmicznie, z efektownymi partiami gitar. Bardzo sympatyczny i zagrany na wysokim poziomie. Jednak nawet taki pocisk nie jest w stanie wytrzymać porównania z najatrakcyjniejszym w zestawie, tytułowym "Dance of Death", pod którym podpisali się Gers i Harris. Interesujący tekst, niesamowity klimat, świetna aranżacja i wyśmienite solówki. Po prostu zawodowa robota wszystkich.

Początek "Gates of Tomorrow" to jakby szybsza, bardziej podrasowana wersja riffu "Lord of the Flies" z albumu "The X Factor". Przy tym kolejny dynamiczny, pędzący na złamanie karku utwór, który pozostawia po sobie przyjemne wrażenia. "New Frontier" muzycznie niczym nie zaskakuje, ale warto zwrócić uwagę na fakt, że to pierwszy kawałek współtworzony przez bębniarza Nicko McBraina. Perkusista po 20 latach posuchy kompozytorskiej dołożył swoje trzy grosze właśnie do tego utworu. Ciekawe jakie pomysły do niego wniósł, choć równie dobrze mógł być to zaledwie jeden wers tekstu. "Paschendale" to numer niemal na tak dobrym poziomie jak "Dance of Death". Właśnie te dwie kompozycje są najbardziej chwalone we wszystkich recenzjach, i zupełnie słusznie. "Paschendale" to kolejne bardzo złożone, wysmakowane dzieło zespołu, zachwycające od niemalże każdej strony. Delikatne uderzenia Nicko oraz intrygujący, mrożący krew w żyłach gitarowy motyw natychmiast zwracają na siebie uwagę słuchacza. A dalej jest jeszcze lepiej. Dostajemy tu garść znakomitych zagrywek i solówek gitarowych. Podniosłość tego nagrania dodatkowo potęgują nagłe wejścia orkiestry, które nadają "Paschendale" niesamowitego rozmachu. Muzykom nawet po 20 latach od rozpoczęcia działalności nie brakuje pomysłów na tego typu utwory. I chwała im za to.

"Face in the Sand" we wstępie za bardzo kojarzy się z "Blood Brothers", ale dalej dzięki niezłej melodii całość robi pożądane wrażenie. Ciekawostką jest fakt, że McBrain jedyny raz dał się tu namówić Harrisowi na wykorzystanie podwójnej stopy. Wyszło tak sobie, równie dobrze mogłoby być to grane na pojedynczej. "Age of Innocence" ma przede wszystkim wspaniały początkowy riff, melodyjny refren i ciekawe unisona gitarowe. Niedoceniony, ale godny uwagi numer. Oparty w całości na brzmieniach akustycznych "Journeyman" daje nadzieje na kolejne epickie zakończenie całości - taki zabieg to swoiste novum w dyskografii Ironów. Tym bardziej szkoda, że nie do końca się to udało. Wyszedłby z tego całkiem ciekawy eksperyment, gdyby nie to, że kawałek po prostu nuży.

Muszę przyznać, że bardzo lubię "Dance of Death". Ma on swoje problemy i niedoskonałości, ale tak wyczuwalnej radości z gry nie ma chyba żaden inny krążek Żelaznej Dziewicy. Nie jest to tak równy materiał i nie tak dobrze wyprodukowany jak "Brave New World", choć chyba tutaj najlepiej wykorzystano obecność trzech gitarzystów podczas nagrywania. Płytka ma bardzo fajny feeling, sympatyczną aurę i jest po prostu świetna w odsłuchu. Szkoda kilku ewidentnie słabszych kompozycji, przez które nie mogę dać wyższej oceny.

Moja ocena - 8/10

Lista utworów:
01. Wildest Dreams (Steve Harris, Adrian Smith)
02. Rainmaker (Bruce Dickinson, Steve Harris, Dave Murray)
03. No More Lies (Steve Harris)
04. Montsegur (Bruce Dickinson, Janick Gers, Steve Harris)
05. Dance of Death (Janick Gers, Steve Harris)
06. Gates of Tomorrow (Bruce Dickinson, Janick Gers, Steve Harris)
07. New Frontier (Bruce Dickinson, Nicko McBrain, Adrian Smith)
08. Paschendale (Steve Harris, Adrian Smith)
09. Face in the Sand (Bruce Dickinson, Steve Harris, Adrian Smith)
10. Age of Innocence (Steve Harris, Dave Murray)
11. Journeyman (Bruce Dickinson, Steve Harris, Adrian Smith)

4 komentarze:

  1. Zastanawiam się, czy to nie jest przypadkiem najmniej lubiany przeze mnie album zespołu. Niby jest tu kilka naprawdę świetnych utworów (2,5,8), ale pozostałe są tak przeciętne, nudne lub wręcz irytujące, że mając ten album przez kilka lat w swojej kolekcji (niedawno sprzedałem), nie więcej niż dwa razy zmusiłem się do wysłuchania go w całości.

    Fakt, że albumów z Bayleyem nigdy nawet nie miałem w kolekcji, ale nie pamiętam, żeby tam było aż tyle cienizny, co tutaj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja go wolę od dwóch następnych.

      Niby już po wydaniu "Brave New World" zacząłem słuchać Maidenów, ale dopiero "Dance of Death" był takim pierwszym "najnowszym" albumem, który słyszałem i odtąd byłem na bieżąco z dyskografią. I lubię go do dziś :)

      Usuń
    2. "The Final Frontier" ma ten sam problem, co "DoD" - obok naprawdę świetnych utworów, są też takie, przez które ciężko przebrnąć. Tych pierwszych mógłbym jednak wymienić więcej, niż na powyższym ;)

      A "A Matter of Life and Death" moim zdaniem miażdży nie tylko oba albumy, między którymi się ukazał, ale pod pewnymi względami także "Brave New World" i "The Book of Souls". Przede wszystkim jest najrówniejszy z tej piątki i tylko raz schodzi z wysokiego poziomu (ostatni kawałek odstaje od reszty).

      Usuń
    3. "TFF" jest moim zdaniem dużo bardziej bezbarwny i nijaki od "DoD". Jest tam jeden świetny utwór, parę udanych i kilka średnich/okropnych. Ale o tym niebawem w recenzji :)

      Usuń