9 sierpnia 2017

Ozzy Osbourne - "Blizzard of Ozz" (1980)


Wyrzucenie Ozzy'ego Osbourne'a z Black Sabbath, z powodu narastających kłopotów wokalisty z narkotykami i alkoholem, było jednym z ważniejszych wydarzeń muzycznych końcówki lat 70. Wizerunek formacji był kojarzony nie tylko z posępnymi riffami Tony'ego Iommi, ale przede wszystkim z charakterystycznym głosem Ozzy'ego. Z perspektywy czasu okazało się, że było to jednak dobre posunięcie. Zarówno "Blizzard of Ozz", jak i "Heaven and Hell" przyniosły ciekawszy materiał niż dwa ostatnie, słabsze niż wcześniej albumy Sabbathów. Mi osobiście nieco bardziej do gustu przypadło dzieło Osbourne'a.

Sam Ozzy nie był pod koniec lat 70. w najlepszej sytuacji życiowej i pogrążał się coraz bardziej w narkotycznych nałogach, z których wyciągnęła go jego przyszła żona, Sharon, która była również menadżerką jego nowej kapeli, nazwanego po prostu Ozzy Osbourne. Twórczość solowa wokalisty była bardziej przebojowa i melodyjna od dokonań Sabbathów, nastawiona na lżejsze melodie, piosenkowość i przeznaczona dla szerszego kręgu odbiorców rocka. Ozzy również oderwał się od swojej mechaniczności wokalnej i zaczął śpiewać w bardziej melodyjnym stylu. I trzeba przyznać, że w takim wydaniu również dobrze się odnalazł.

Ozzy zebrał na swój pierwszy longplay naprawdę dobry skład, m.in. klawiszowca Dona Airey'a (obecnego członka Deep Purple) czy basistę Boba Daisley'a, grającego wcześniej m.in. w blackmorowskim Rainbow. Największą uwagę zwraca jednak nazwisko Randy'ego Rhoadsa - jednego z najlepszych heavymetalowych wioślarzy wszech czasów, który choć nie miał długiej kariery, zapisał się złotymi zgłoskami na kartach historii muzyki. Na "Blizzard of Ozz" zaprezentował w pełni swój kunszt, miał on również kluczowy skład w powstanie kompozycji na ten krążek. Dla wielbicieli gitary "Blizzard of Ozz" to prawdziwa gratka, wręcz trudno nie zachwycić się pomysłami Rhoadsa, a także jego techniką gry.

Świetne wrażenie robi już sam początek w postaci mocnego, a przy tym przebojowego "I Don't Know". Od razu słychać inny, niesabbathowy styl, sam utwór nie ustępuje znacznie wielu dokonaniom z przeszłości Ozzy'ego. "Crazy Train" to już konkretny, energetyczny metalowy hit, oparty na nieśmiertelnym, rewelacyjnym riffie i posiadający nie mniej ekscytujące popisy solowe, które do dziś zajmują bardzo wysokie miejsca w zestawieniach na najlepsze solówki gitarowe. Dla odmiany, "Goodbye to Romance" to spokojna, nostalgiczna balladka, tekstowo będąca niejako pożegnaniem Ozzy'ego z jego dawną kapelą. Całkiem przyjemna, choć zbyt rozwlekła.

Uroczą miniaturkę "Dee" stworzył sam Rhoades, choć jako przerywnik sprawdza się ona średnio i nie stanowi dobrego wprowadzenia do potężnego "Suicide Solution" - nagrania, które przysporzyło Osbourne'owi problemów prawnych. Oskarżano go o zamieszczenie w tekście słów zachęcających do popełnienia samobójstwa, a sam kawałek został uznany za główną przyczynę odebrania sobie życia przez 14-letniego fana Ozzy'ego, Johna McColluma, który zrobił to w trakcie jego słuchania. Choć Ozzy tłumaczył się potem, że tak naprawdę "Suicide Solution" jest poświęcony pamięci Bona Scotta, pierwszego wokalisty AC/DC. Kontrowersyjny utwór, który wypada całkiem dobrze od strony muzycznej.

Najlepszy na krążku "Mr. Crowley" zaczyna się legendarnym klawiszowym wstępem Airey'a, zaś w dalszej części świetne wrażenie robi partia wokalna Ozzy'ego, bliższa jego sabbathowej przeszłości, a także rewelacyjna gra Randy'ego, który po prostu przechodzi tu samego siebie - na tych solówkach wychowały się całe tabuny gitarzystów. Po prostu wzorowa robota. "No Bone Movies" to przyjemny rockowy wymiatacz, w którym po raz pierwszy większą rolę odgrywa perkusja (w sumie bębniarz Lee Kerslake był jednym z współautorów tego numeru). W smutnym "Revelation (Mother Earth)" znalazło się miejsce na kolejne świetne sola Rhoadsa (ta dynamiczna, ognista końcówka!) i poważne refleksje Ozzy'ego. Jednak największe wrażenie robi tutaj niesamowity, bardzo klimatyczny popis klawiszowy w środku utworu, coś pięknego. "Steel Away (the Night)" z fajnie uwypuklonym basem już nie robi takiego wrażenia, ale sprawdza się jako zakończenie płytki.

"Blizzard of Ozz" do dziś robi piorunujące wrażenie. Ogromna w tym zasługa Randy'ego Rhoadsa, bez niego album zdecydowanie nie byłby tak dobry. Sekcja rytmiczna gra prosto i rzadko wysuwa się na pierwszy plan, co kontrastuje z porywającymi popisami Randy'ego. Również Osbourne jest w dobrej formie wokalnej i pokazuje, że nawet bez wsparcia kolegów z Black Sabbath potrafi tworzyć muzykę, która naprawdę może się podobać. Choć sama produkcja albumu mogłaby być nieco lepsza. Jednym zdaniem - solowy debiut Księcia Ciemności to klasyka, którą po prostu trzeba znać. Ten niesamowity człowiek w 1980 r. podniósł się z dołka i przypomniał światu, że nadal stać go na wiele.

Moja ocena - 9/10

Lista utworów:
01. I Don't Know (Bob Daisley, Ozzy Osbourne, Randy Rhoads)
02. Crazy Train (Bob Daisley, Ozzy Osbourne, Randy Rhoads)
03. Goodbye to Romance (Bob Daisley, Ozzy Osbourne, Randy Rhoads)
04. Dee (Randy Rhoads)
05. Suicide Solution (Bob Daisley, Ozzy Osbourne, Randy Rhoads)
06. Mr. Crowley (Bob Daisley, Ozzy Osbourne, Randy Rhoads)
07. No Bone Movies (Bob Daisley, Lee Kerslake, Ozzy Osbourne, Randy Rhoads)
08. Revelation (Mother Earth) (Bob Daisley, Ozzy Osbourne, Randy Rhoads)
09. Steel Away (the Night) (Bob Daisley, Ozzy Osbourne, Randy Rhoads)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz