13 czerwca 2018

Linkin Park - "Hybrid Theory" (2000)


Dziś porywam się na naprawdę głęboką wodę, bo oto jeden z najbardziej znienawidzonych zespołów z kręgu tych najpopularniejszych, czyli Linkin Park. Chyba mało kto ceni ich późniejszą twórczość, rozpoczętą mniej więcej albumami "Minutes to Midnight" i "A Thousand Suns". Sam szczególnie za nimi nie przepadam, ale dziś tekst nie jest poświęcony im, a debiutowi z 2000 roku pod tytułem "Hybrid Theory".

Linkin Park był jedną z grup, które w znacznym stopniu przyczyniły się do spopularyzowania nietypowego podgatunku metalu alternatywnego, czyli nu-metalu, będącego połączeniem heavymetalowego brzmienia z wpływami rapu czy popu. W tym przypadku taka mieszanina gatunkowa dałe niemałe rezultaty komercyjne - album stał się najlepiej sprzedającym debiutem XXI wieku (obecnie 11-krotna platyna w USA). Co jednak sprawiło, że krążek ten stał się tak popularny? Moja odpowiedź brzmi następująco - poza promocją zaważyła przystępność melodii i aranżacji.

Co ciekawe, aranżacje te stworzono w większości przy użyciu nowinek technicznych, w tym różnych syntezatorów czy samplerów. Skorzystano z tego w umiejętny, sprawny sposób, dzięki czemu uzyskano zadziwiająco udany efekt. Na dodatek wiele z zaprezentowanych kawałków mogłoby być przebojami. I w sumie "In the End" był - doszedł na 2. miejsce zestawienia najlepiej sprzedających się singli.

Linkin Park nie był pierwszym bandem nu-metalowym. Tego typu kapele inspirowała przede wszystkim muzyka grana przez rapcore'owy Rage Against the Machine, którą przekuli i przeobrazili we własny styl, który z czasem porwał grona słuchaczy. Brak tu solówek gitarowych, co w odróżnieniu od wielu płyt tego typu nie skazuje jej na poczucie monotonii. W tej kwestii dużą rolę odgrywa długość krążka, a raczej jego krótkość (ok. 38 minut). W większym natężeniu taka muzyka mogłaby już nużyć.

Jeśli chodzi o personel Linkin Park, warto wspomnieć o duecie wokalistów - w tym wypadku mamy rapującego Mike'a Shinoda i posiadającego mocny, metalowy głos Chestera Benningtona. Pomieszanie tych odmiennych głosów całkiem fajnie się uzupełnia, szczególnie na debiucie. Czasem dominuje rapowanie, czasem głośny wrzask, a momentami proporcje wymieszane są po równo. Dialogi wokalne są mocnym punktem tego longplaya.

Właściwie każdy utwór można opisać w podobny sposób, ale w pierwszej kolejności chciałbym przytoczyć te, które najbardziej się wyróżniają. Niewątpliwie najlepszym z nich jest "In the End", opatrzony prościutką, ale efektowną melodią pianina i świetnym popisem wokalnym Chestera. Od zawsze uwielbiałem go najbardziej z całego zestawu. Nawet intrygujący tekst nabrał w obliczu śmierci wokalisty zupełnie innego znaczenia. Do najlepszych propozycji należy też autentycznie przebojowy "One Step Closer" czy "With You" z pysznym elektronicznym wstępem i jedną z najlepszych zawartych tu melodii.

Ciężki "Papercut" idealnie wprowadza w nastrój albumu i świetnie oddaje jego charakter, zaś "Forgotten" i "Crawling" to ciekawy (w konwencji nu-metalowej) kontrast agresywny refren-spokojne zwrotki. "Runaway" posiada dość nietuzinkowy wstęp, który autentycznie powoduje wrażenie jakby został nagrany pod wodą. Szkoda, że całej kompozycji nie utrzymano w takim klimacie. Z kolei "A Place for My Head" zaczyna się melodyjną partią gitary i tak pozostaje prawie do samego końca, z tym że całość nabiera ciężaru.

Znakomicie wypada również końcowy "Pushing Me Away" pokazujący, że Chester śpiewający czystszym, bardziej aksamitnym głosem i w tym wydaniu prezentuje się naturalnie. Poprzedzający go elektroniczny instrumental "Cure for the Itch" niekoniecznie mnie zachwyca, ale też nie odrzuca - a to już coś jak na osobę, która nie lubuje się w takim graniu. Trochę słabszy od reszty wydaje się również "Points of Authority", ale podobnie jak "Cure for the Itch" nie prezentuje się źle, po prostu nie dodaje nic nowego. Pozostaje jeszcze agresywny "By Myself" z kapitalnym refrenem.

"Hybrid Theory" jak mało który album wywołuje mieszane uczucia wśród słuchaczy i dzieli ich na dwa obozy - jedni uważają go za absolutne dno, a drudzy za całkiem udaną bądź wręcz wyjątkową pozycję. Wydaje się więc, że ma zarówno tyle samo przeciwników, jak i zwolenników. Mi bliżej do tej drugiej grupy. Bo ten debiut to tak naprawdę jedyne dzieło Linkin Park, z którym naprawdę warto się zapoznać. Jego siłą są przede wszystkim melodie. Można się czepiać, że są bardzo proste, niewyrafinowane, ale jednocześnie bardzo chwytliwe, przystępne, zaś same aranżacje momentami są naprawdę dopieszczone i całkiem pomysłowe (ten elektroniczny wstęp do "With You"!).

Okazuje się również, że można w sposób unikatowy i umiejętny połączyć metalową agresję z rapowanymi wstawkami czy elektronicznymi aranżacjami. Nie odnajduję tu jakiegoś ewidentnie słabszego momentu, które w przyszłości będą pojawiać się na następnych dziełach Linkin Park. Longplay ten miał dotrzeć do najszerszego grona słuchaczy, zarówno miłośników metalu, rapu czy popu (dzięki swej przystępności), więc nie wątpię, że i niektórzy rockowi słuchacze także go polubią. O ile następne płyty będą coraz bardziej przypominać plastikowy pop, tak opisywany debiut broni się do dnia dzisiejszego. Jestem przekonany, że istnieje równoległy wszechświat, w którym ta płyta jest powszechnie uznawana za arcydzieło.

Moja ocena - 9/10

Lista utworów:
01. Forgotten (Linkin Park)
02. One Step Closer (Linkin Park)
03. With You (Linkin Park, John King, Michael Simpson)
04. Points of Authority (Linkin Park)
05. Crawling (Linkin Park)
06. Runaway (Linkin Park, Mark Wakefield)
07. By Myself (Linkin Park)
08. In the End (Linkin Park)
09. A Place for My Head (Linkin Park, Dave Farrell, Mark Wakefield)
10. Forgotten (Linkin Park, Dave Farrell, Mark Wakefield)
11. Cure for the Itch (Linkin Park)
12. Pushing Me Away (Linkin Park)

3 komentarze:

  1. Linkin Park niczego nie spopularyzował, ani nikogo nie inspirował. W 2000 roku od dawna działały i odnosiły wielkie sukcesy takie grupy, jak Limp Bizkit, Korn, nie wspominając już o Rage Against the Machine i Faith No More. Chłopaki z LP po prostu podpięli się do najbardziej popularnego w tamtym czasie nurtu rockowego, a że grali najbardziej przystępnie, to błyskawicznie zdobyli ogromną popularność. Od samego początku był to stricte popowy zespół, nastawiony wyłącznie na komercyjny sukces. Później, gdy nu metal coraz bardziej stawał się synonimem obciachu, zmieniali stylistyki jak kameleon kolory, dostosowując się do aktualnych trendów.

    "Hybryd Theory" to utwory o bardzo prostych melodiach i za każdym razem o takiej samej strukturze: wstęp (zwykle z motywem z refrenu), zwrotka (zwykle spokojna, z rapem), refren (zwykle ostrzejszy, ze śpiewem lub wrzaskiem), zwrotka, refren, przejście (będące najłagodniejszą lub najostrzejszą częścią utworu) i refren. Poszczególne elementy czasem podlegają zmianom (np. śpiew w zwrotkach zamiast rapu), ale ich kolejność jest zawsze ta sama.

    Instrumentaliści grają bardzo prosto, nie prezentując nic ciekawego, a wokaliści, cóż... Shinodzie daleko do czarnych raperów, a Benington był strasznie irytujący z tym swoim dziecinnym głosem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaraz Pawle, czy Ty między wierszami chwalisz (czarny) rap, który do niedawna był dla Ciebie źródłem wszelkiego zła w muzyce?

      Skoro jesteśmy przy temacie komercyjnego rocka (a potem popu) lecącego z prądem, to co obaj sądzicie o znienawidzonym, najgorszym zespole świata czyli Nickelback?

      Usuń
    2. Nie chwalę. Wytykam fakt braków w technice/możliwościach.

      Nickelback to gówno, ale nie bardzo rozumiem w czym ten zespół miałby być gorszy od innych post-grunge'owców. Creed czy inne 3 Doors Down jest tak samo nic nie warte.

      Usuń